Dzięki powolnemu gotowaniu wody ocalały trzy osoby: kobieta, dziecko i magister praw
.

„Nie, to nie może być Żyd, on za dobrze mówi po polsku”. Andrzej Dobosz w 13. odcinku programu „Z pamięci” opowiada o doświadczeniach wojennych Jana Kotta, poety i krytyka literackiego.

Poza Janem Kottem – komentatorem teatru czy komentatorem dawnej literaty, był człowiek o niebywałym doświadczeniu, zwłaszcza okupacyjnym. Był Żydem ochrzczonym, nieobrzezanym, w rodzinie szalenie kulturalnie spolonizowanej. Kiedy w czasie wojny został w Warszawie chwycony przez patrol niemiecki, zaczął coś dużo mówić. I wtedy taki rzeczoznawca od spraw rasowych powiedział: „Nie, to nie może być Żyd, on za dobrze mówi po polsku”.

Kiedyś napadło go coś, żeby pojechać na kilka dni do Kazimierza nad Wisłą. Zrobił to i wracając, w Puławach, była łapanka i Niemcy zgarnęłi cały skład pociągu. Miał być gdzieś wywieziony do obozu i nagle usłyszał po niemiecku wołanie: „Lekarz!, Lekarz!”. On z harcerstwa znał zasady udzielania pierwszej pomocy, więc zgłosił się jako lekarz i okazało się, że na peronie leży kobieta, która za chwilę ma rodzić. To przekraczało jego wyobraźnię i wiedzę. Ale przypomniał sobie scenę z „Dziejów grzechu” Stefana Żeromskiego, gdzie bohaterce, która ma rodzić, przygotowuje się miednicę gorącej wody. Kott zażądał więc zagotowania miednicy gorącej wody i przyniesienia nożyczek. Otóż w czasie, gdy ta woda się gotowała, przyjechała karetka pogotowia i zabrała kobietę. I w ten sposób, dzięki powolnemu gotowaniu wody, ocalały trzy osoby: kobieta, dziecko i magister praw.

Natomiast Niemcy po tym doświadczeniu uznali, że on jest lekarzem i to ginekologiem. Skierowano go, jako lekarza, do obozu na Majdanek, do części kobiecej. W Majdanku jeszcze nie mordowano, tylko to był taki obóz przejściowy. On tam musiał ordynować, jako lekarz, mając do dyspozycji jodynę, watę, bandaże i aspirynę. Najchętniej tym swoim podopiecznym zalecał stosowanie diety. Także niewielu osobom pomógł, żadnej nie zaszkodził.

On był Kottem przez dwa „t”, natomiast miał fałszywą kenkartę, dostarczoną mu przez ludzi z AK, na nazwisko Adam Kot przez jedno „t”. I w Majdanku spytano go, czy nazywa się Kot. Odpowiedział, że tak. Wtedy dano mu przepustkę, że może wyjść i jakieś pieniądze na drogę. Potem okazało się, że jakiś wysoki urzędnik niemiecki miał szofera Polaka nazwiskiem Kot, którego aresztowano. Ten Niemiec zadzwonił do komendanta Majdanka i naszego Kota wypuszczono, natomiast prawdziwy Kot został skierowany do obozu.

Tygodnik.tvp.pl poleca:

http://tygodnik.tvp.pl/37833948/dzieki-powolnemu-gotowaniu-wody-ocalaly-trzy-osoby-kobieta-dziecko-i-magister-praw

reklama
reklama