Kiedy Genetix namiesza w Archeo
.

DNA przechowało opowieść, której nie spisał żaden historyk. Niemal każdy z nas, Europejczyków, ma trzech, a nawet czterech praojców.

Od kilku lat w poważnych naukowych czasopismach nagłówki krzyczą, że „Grecy mają korzenie jak z mitu”, „Jamowcy, lud z pontyjskich stepów, przyniósł do Europy język indoeuropejski”, a „pradawny lud Botai z Kazachstanu udomowił konie”. Wszystkie te rewelacje, początkowo trudne do przełknięcia przez historyków, zawdzięczamy nie tyle archeologom, ile genetykom. Specjalistom od archaicznego DNA.

Nie starsza, niż jakieś 70 tys. lat, najlepiej, żeby nie leżała w cieple i wilgoci. Jeszcze do niedawna idealnie by było, żeby był to ząb, bo szkliwo zabezpieczało go przed gwałtownym rozkładem. Dziś już wiadomo, że najzdatniejsza do badań jest tzw. piramida kości skroniowej czaszki. Najtwardsza kostka w naszym organizmie, która zawiera ze swej natury sto razy więcej DNA, niż każda inna.

Dla Genetix w służbie Archeo największym bowiem ograniczeniem badań jest ilość pozyskanego DNA. Jakkolwiek każda kość, dzięki swym mineralnym składnikom, przechowuje DNA wielokrotnie dłużej, niż tkanki miękkie. Ważne, by ta kość nie była spalona. Co niestety wyklucza masowe analizy genetyczne naszych słowiańskich przodków, których ciała po śmierci kremowano. Lepiej też, by ciało przed śmiercią nie było poddawane rytuałom obejmującym barwienie, jak często bywa np. w prekolumbijskiej Ameryce. Gdyż wiele barwników wiąże się trwale z DNA, utrudniając późniejszą analizę jego sekwencji.

Taką kość – znalezioną przez archeologów czy paleontologów i często od lat wystawianą w muzealnej gablocie – zabiera się do laboratorium, gdzie podstawową troską badaczy jest tak pobrać materiał, by go jednocześnie nie zanieczyścić własnym DNA. W każdej naszej komórce będzie go bowiem kilkaset razy więcej i znacznie lepszej jakości, niż w pozostałościach po komórkach w kości ulegającej od tysiącleci rozkładowi. Nawet gdyby leżała, tak jak słynny Ötzi, 5,5 tys. lat w lodowcu. Do takich działań służą zamknięte stoły laboratoryjne, w których pracuje się w specjalnym ubraniu ochronnym i za pomocą rękawów z rękawiczką, unikając jakiegokolwiek kontaktu z próbką – niczym ze śmiertelnym wirusem Ebola.

Ponieważ kości wcześniej dotykali kopacze i archeolodzy – na ogół bez rękawiczek – trzeba się dowiercić pod powierzchnię, gdzie nie będzie DNA z ich naskórka, i dopiero stamtąd pobrać wiertłem sproszkowaną kość. Po procesie demineralizacji i odbiałczania w próbówce postaje DNA. Oczywiście w 99,999 procentach jest to DNA bakterii i grzybów, które przychodzą nas skonsumować po śmierci, ale ludzkie DNA jest od nich molekularnie odróżnialny. Podobnie jak molekularnie, dzięki pewnej zależnej od czasu modyfikacji DNA, daje się odróżnić podczas analizy próbki stary DNA od świeżego. I znowu jakieś 90 procent archaicznego ludzkiego DNA nie ma znaczenia dla tzw. badań populacyjnych – czyli stwierdzania, skąd nasz ród.

Pełny tekst Magdaleny Kawalec-Segond:

http://tygodnik.tvp.pl/37312417/kiedy-genetix-namiesza-w-archeo

reklama
reklama