Polskę najlepiej opisują kryminały
Dramat „Marszałek” Wojciecha Tomczyka, reżyseria Krzysztof Lang, w roli Józefa Piłsudskiego Mariusz Bonaszewski. Teatr Telewizji, prapremiera 4.12.2017. Foto. TVP/Ireneusz Sobieszczuk

TYGODNIK.TVP.PL: Chyba wszystkie pana teksty dotykają historii – opowiadają o konkretnych postaciach i wydarzeniach, bądź bardzo dokładnie odtwarzają realia kluczowych epok czy momentów w dziejach Polski…

WOJCIECH TOMCZYK:
Wiele dramatów i filmów na całym świcie poświęconych jest historii, także tej, która w Polsce nazywana jest historią najnowszą. To pojęcie jest bardzo rozciągliwe. Zdaje się, że nawet powstanie styczniowe zaliczane bywa do historii najnowszej. A może też kościuszkowskie i listopadowe. Wygląda więc na to, że polska historia najnowsza obejmuje ostanie trzysta lat. To szalenie ciekawe, ale ja nie jestem pasjonatem historii.

O czym więc miałbym pisać? O sobie? Nie jestem osobą wyjątkowo interesującą. Do wyboru mam jeszcze przyszłość. Ale przyszłości nie znamy. Natomiast zainteresowanie historią świadczy o zdrowiu społeczeństwa. Tak samo jest w przypadku człowieka – zdrowy człowiek ma pamięć. Kiedy człowiek nie pamięta, wtedy mówimy, że jest chory – ma sklerozę, chorobę Alzheimera, w najlepszym razie demencję. Nie chciałbym żyć w społeczeństwie demencyjnym, w którym nie rozmawia się o historii.

Niewielu twórców w Polsce podąża drogą podobną do pańskiej. Co może być tego powodem?

Nie wiem. Trudno jest mi wypowiadać się o innych twórcach. Ja swoją pracę traktuję bardzo serio. Nie uważam, żebym miał czas i energię na rzeczy bez znaczenia. Piszę z wielkim trudem i czasami także z wielkim namysłem. Historia, polityka, los polskiej wspólnoty to rzeczy istotne. Myślę, że polska kultura, i to jest sprawa ostatnich kilkudziesięciu powojennych lat, jest trochę niepoważna. Dlatego niektórzy twierdzą, że lepiej być nieco prześmiewczym, szyderczym. To zawsze spotyka się z większym zainteresowaniem.

W poniedziałek 4 grudnia TVP1 w Teatrze Telewizji pokaże inscenizację pańskiego „Marszałka”. Czy biorąc na warsztat kluczowe dla historii Polski postacie historyczne, nie obawia się pan tego, krytyki, jaka spotkała np. Rafała Ziemkiewicza po tym, gdy wydał kontrowersyjną książkę o Piłsudskim?

Nie jestem rewizjonistą historycznym. Niemniej uważam, że praca historyków i publicystów – rewizjonistów - jest cenna. Żywa historia nie istnieje bez rewizji i bez - nawet nieprzemyślanych - tez. Tym, czego najbardziej nie znoszę jest patos. To właśnie on odstręcza mnie od popkultury. Nie mogę znieść, gdy piosenkarka śpiewa, że „go kocha i żyć bez niego nie może”. Szalenie obce jest mi proste wyrażanie afirmacji. Natomiast uważam, że w Polsce nie ma zwyczaju pisania o sprawach poważnych. Mówił o tym Adam Mickiewicz w „Dziadach”, w scenie salonu warszawskiego.

Zaskoczyła mnie recepcja tekstu „Marszałka”. Wywołał on niezwykłą burzę wśród ludzi, którzy czytali sztukę na różnych etapach jej powstawania. Ta burza przekonuje mnie, że marszałek Piłsudski jest postacią szalenie współczesną. Więcej - to nie jest człowiek, który opuścił polską scenę polityczną ledwie wczoraj. On wciąż na niej jest obecny. Dowiedziałem się, że pisząc sztukę o Józefie Piłsudskim tworzę sztukę współczesną, że Piłsudski, to „gorący temat”.

Zresztą nie tylko Piłsudski. Tadeusz Kościuszko również okazuje się być „gorącym tematem”. Niedługo być może i Kazimierz Wielki zaliczony zostanie do tej samej grupy. Pytał Pan, czy nie obawiam się, że się komuś narażę. Chcę, żeby to, co piszę miało znaczenie i w związku z tym muszę się narażać. By tego nie robić, musiałbym się chyba zająć komponowaniem muzyki. Byłbym szaleńcem, gdybym chciał zadowolić wszystkich i wszystkim się podobać. Tacy ludzie, jeśli uprawiają twórczy zawód, naprawdę wariują. Twórca jest po to, żeby się narażał.

Wspomniał pan o dawniejszej historii Polski. Dlaczego dotychczas nie sięgnął pan po żaden z odleglejszych czasowo tematów? Przecież mamy w polskiej historii i bardzo barwne postacie i wspaniałe wydarzenia.

To prawda. Chciałem nawet poruszyć temat mojego patrona – św. Wojciecha, który, jest również jednym z patronów Europy. Nie spotkałem się jednak ze zrozumieniem. A moje nieszczęście polega na tym, że, by poruszyć temat św. Wojciecha, który jest postacią łączącą kilka narodów i cały wielki region Europy z Italią włącznie, potrzebuję zainteresowania ze strony wysokich czynników finansowych (takich jak polskie instytucje finansujące kulturę), gdyż jest to temat na duży europejski film, przywracający świadomości europejskiej tę postać. Na film, który wejdzie do dystrybucji we wszystkich krajach związanych z tą postacią. Bo w innych krajach nie ma św. Wojciecha z Drzwi Gnieźnieńskich reprodukowanego we wszystkich podręcznikach historii.

Taka produkcja wymagałoby znacznych nakładów finansowych i wysiłku organizacyjnego. Jeśli chodzi o wysiłek organizacyjny - są ludzie, którzy by się tego zadania podjęli. Próbowałem, ale - jak wiemy - zamiast premiery filmu o św. Wojciechu, głównym punktem obchodów 1050 rocznicy Chrztu Polski było wystawienie musicalu „Jesus Christ Superstar”.

Od kiedy Polską rządzi Prawo i Sprawiedliwość wiele mówi się produkcji wielkich filmowych fresków historycznych realizowanych z rozmachem godnym Hollywood.

Pomysł miałem wtedy, gdy należało go mieć. Prawo i Sprawiedliwość jeszcze wtedy nie rządziło. Ten film powinien był ukazać się w Polsce w roku 2016, więc zrealizowany powinien być w roku 2015. Ja zaś występowałem z tym pomysłem w roku 2013. To, że ten film powinien powstać, było dla mnie tak oczywiste, że nie dziwi mnie wcale jego brak. Przecież w Polsce nie dochodzą do skutku sprawy oczywiste.

Nie wszystkie polskie produkcje filmowe próbujące być wielkimi freskami historycznymi należą do udanych.

Nie wiem, co pan ma na myśli…

Na przykład „1920. Bitwa Warszawska”.

Jestem zwolennikiem tego filmu. Uważam, że nie zasłużył na to złe przyjęcie. Poza tym miał bardzo licznych widzów, a to najważniejsze. Nie jest to może obraz doskonały, ale o Bitwie Warszawskiej 1920 roku film powinno nakręcić każde pokolenie. Ten był pierwszy. Takie filmy muszą powstawać. Część z nich z pewnością nie będzie najwyższego lotu, ale zawsze lepiej jest spaść z wysokiego konia, niż nakręcić kolejny film z cyklu „jestem cudowny, jest mi źle na świecie, wy jesteście do d…, więc się odwalcie”. A takich filmów w Polsce powstaje kilka rocznie.

Polacy chyba czekają na nowe filmy historyczne, skoro PRL-owskie produkcje, w pewnym stopniu zakłamujące historię, albo przynajmniej propagujące jej starannie wykadrowany obraz, nadal cieszą się dużą popularnością. Włącznie z serialami o załodze Rudego 102 i Hansie Klossie.

Nie mam pewności, czy „Czterej pancerni i pies” i im podobne filmy są wciąż popularne. Być może dotyczy to powoli schodzącego ze sceny pokolenia, które było dziećmi w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Trudno mi uwierzyć, że „Czterej Pancerni” są wciąż oglądani przez swój pierwotny „target”, czyli dzieci. Mój syn nie obejrzał ani „Pancernych”, ani „Klossa”.

A czy ogląda seriale historyczne produkowane prze HBO lub hollywoodzkie superprodukcje, które ostatnio również dość często skupiają się na tematyce historycznej?

Trochę tak. Ale pamiętajmy o tym, że te współczesne seriale przesycone są przemocą i seksem. To jest odpychające. Poza tym nie wszystkie są arcydziełami. Powiedziałbym wręcz, że mniejszość.

Jest pan twórcą lub współtwórcą scenariuszy filmowych, scenariuszy do seriali, tekstów, napisanych specjalnie dla teatru telewizji i tekstów czysto dramatycznych. To bardzo różne artystyczne języki. W którym z nich najlepiej opisywać polską historię?

Doświadczenie podpowiada mi, że Polską rzeczywistość, podobnie jak rzeczywistość XIX-wiecznej Rosji najlepiej opisują kryminały. I jest to jedyny język, który jest powszechnie akceptowany. Doskonale rozumiał to Dostojewski. Dlatego był autorem kryminałów.

Fiodor Dostojewski to również jeden z najczęściej adaptowanych na deski teatralne powieściopisarzy.

Jego diagnozy wciąż są słuszne. Wracając do kryminałów: mamy rok conradowski i najchętniej przypominane w tym roku dzieła to „Tajny agent” i „W oczach zachodu”. Przecież to powieści sensacyjne. Choć Joseph Conrad wielu utworów sensacyjnych nie napisał, to właśnie one powracają. Nie bez powodu. W Teatrze Telewizji zrealizowano na nowo „W oczach Zachodu” jako „Spiskowcy”. Nie ma natomiast nowej adaptacji „Lorda Jima”, nie ma nowej adaptacji „Jądra ciemności”, nie zrobiono „Jutra”. Conrad, jak się okazuje, jest pisarzem politycznym i zajmuje się aktualnym problemem terroryzmu.

Jak pan ocenia współczesny polski teatr? Obserwuje Pan to, co się gra na polskich scenach?

Nie. Dlaczego miałbym to robić? Polski teatr jest instytucją w tej chwili nie do obrony. Ktoś ostatnio powiedział do mnie: „pan zdaje się pracuje czy pracował w tym Teatrze Powszechnym w Warszawie…” I było to wypowiedziane tonem oskarżycielskim.

Był pan tam konsultantem literackim za dyrekcji Jana Buchwalda…

Skończyłem tę pracę sześć lat temu. Jestem dumny, że pracowałem w Teatrze Powszechnym, takim jak był kiedyś. To był ten sam teatr na którym się wychowałem. Teatr Zygmunta Hübnera. Dziś ta nazwa budzi zawstydzenie, wręcz zażenowanie.

W poprzednim wydaniu portalu tygodnik.tvp.pl Piotr Zaremba przypomniał, że, gdy Paweł Łysak został dyrektorem warszawskiego Teatru Powszechnego, odeszło bardzo wielu aktorów, którzy w tym teatrze pracowali od wielu lat. W przeciwieństwie do Starego Teatru czy Teatru Polskiego we Wrocławiu, wokół tych odejść panowała w środowisku absolutna cisza.

To jest problem tego środowiska. Nie mój. Nie jestem jego częścią.

Jednak dla teatru również pan pisze…

Nieskutecznie. Określmy to tak - pisałem kiedyś, ale zmiany, które zaszły w polskim teatrze w ostatnich latach są tak daleko idące, że pisanie dla tej instytucji… Zostawmy ten temat…

Niemniej „Norymberga” została przetłumaczona na wiele języków i była również wystawiana poza Polską.

W tej sztuce, opowiadającej historię PRL i uwikłań, w które byliśmy wówczas wplątani, przejrzała się cała Europa Środkowo-Wschodnia, bo wszędzie ten temat był żywy. Dość dobrze odebrana została też w RPA. Natomiast w Europie Zachodniej jest rozumiana słabiej, bo brak tam doświadczenia totalitaryzmu. „Norymberga” jest sztuką ważną dla naszego regionu i cieszę się, że jej odbiór był tak szeroki.

Z drugiej strony oznacza to, że nie ma w całym naszym regionie drugiego dramatu, który jednoznacznie ocenia komunizm i jego dalekosiężne skutki. To dziwne. O czymś to świadczy. Nie chciałbym tego nazywać…

Austriacki dramaturg Thomas Bernhard rozliczający swój kraj z nazizmu jest szalenie popularny, w całym naszym regionie. W Polsce również.

Bo ten problem nas nie dotyczy. „Sławianie, my lubim sielanki”. A coś, co jest potworne, ale dzieje się u nich, tych ludzi, od których oddziela nas bariera języka i narodowości, jest bezpieczne. Patrzymy na to, jak na akwarium. A mnie interesuje Polska. Interesuje mnie doświadczenie mojego narodu. I to, żeby ten naród komunikował się z własną historią, żeby o tym myślał. Bo co nam zostaje, jeśli nie nasza pamięć? Pamięć pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.

O Tadeuszu Kantorze mawiano, że jego teatr był zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, bo wciąż snuł opowieść o swoim rodzinnym Wielopolu. Zresztą sam, może nieco prowokacyjnie, twierdził, że jest arcypolski. Czy uważa pan, że tematy związane z naszą historią są na tyle uniwersalne, żeby odbić się szerokim echem na świecie?

Z pewnością. Nie ma żadnego powodu, żeby tak nie było. Ale trzeba pamiętać, że nie mogą to być dzieła propagandowe czy „wysokonakładowe”. Świat zwraca oczy tam, gdzie dzieje się coś wyjątkowo okrutnego. Polski wiek XX to wojny, totalitaryzm. Bardzo bym nie chciał, żeby to wróciło. Chciałbym, żeby nie było powodu, by świat nami musiał się interesować.

– rozmawiał Konrad Szczebiot

Wojciech Tomczyk - dramatopisarz, scenarzysta realizator teatralny. Jego sztuka Norymberga (2006 r.) została przełożona na wiele języków, m.in. angielski, białoruski, bułgarski, czeski, estoński, łotewski, niemiecki, rosyjski i ukraiński. Jest też autorem dramatów (m.in. Wampir, Inka 1946, Bezkrólewie, Komedia romantyczna, Zaręczyny, Breakout), scenariuszy do filmów i seriali (m.in. Katyń, Oficer, Oficerowie, Trzeci oficer, Sprawiedliwi, Czarne słońca, Sposób na Alcybiadesa)

reklama
reklama
Polecamy

Lalka

Warszawa - rok 1878. Z zagranicy wraca Stanisław Wokulski, właściciel sklepu galanteryjnego, mieszczącego się przy krakowskim przedmieściu. Przywozi spory majątek, którego dorobił się na dostawach woskowych. Postanawia rozbudować sklep i dostać się na salony arystokracji. Zakochuje się w Izabeli Łęckiej, wywodzącej się ze świetnej lecz bardzo zubożałej rodziny arystokratycznej. Panna Izabela jest klientką w jego sklepie, ale traktuje Wokulskiego jak osobę z gorszego świata. Za niestosowne zachowanie wobec panny Izabeli, Wokulski zwalnia ulubieńca pań - subiekta Marczewskiego.