Silny wrażliwy człowiek
Józef Piłsudski znany był z tego, że w wolnym czasie lubił stawiać pasjansa. Fot. Wikimedia

Dzieciństwo miałby - jak sam napisał - sielskie i anielskie, gdyby nie „zgrzyt jeden, co sępił czoło ojca, wyciskał łzę z oczu matki i głęboko wrażał się w mózgi dziecięce”. Była nim świeża pamięć klęski powstania styczniowego. Józef Piłsudski urodził się kilka lat później - i sto pięćdziesiąt lat temu. W ostatnich słowach, jakie napisał, stwierdził, że matka wychowała go do roli, jaką mu przypadła w udziale. Już jako dziecko, obiecywał sobie, że będzie bić Moskali.

1908: Bez walki jestem bydlęciem

Był zafascynowany powstaniem styczniowym. A ściślej rzecz biorąc – powstańcami. Pisał, że byli niedoścignionym wzorem zapału, ofiarności i trwania w nierównej walce. „Sądzę, że gdybym miał przed sobą ludzi z tamtych czasów to powiedzieliby mi tak, jak ja sobie nieraz sam mówię: „Zginęliśmy nie na darmo i nauka dla was ze śmieci naszej płynąć może”. Uważał, że każde pokolenie musi przypomnieć Europie czynem zbrojnym, że Polska żyje, nie pogodziła się z niewolą i będzie walczyć o odzyskanie niepodległości.

Nie był ani pierwszym, ani jedynym, którzy głosili ideę walki zbrojnej o niepodległą Polskę. Ale, jak pisał Władysław Studnicki, jeden z tych właśnie, tylko Piłsudski potrafił przyciągnąć ludzi do „militaryzmu polskiego.” Zwerbował młodszych od siebie o pokolenie.

Był wśród nich Kazimierz Wierzyński, który wspominał: „Dla młodych ludzi sprzed 1914 r, dla których Polska była religią, a poświęcenie dla niej treścią życia, Piłsudski przyszedł jak po swoje. Stał się od razu ich przywódcą i symbolem wiary. Nie liczyli się na miliony, ale byli gotowi na śmierć. Zginąć za Polskę znaczyło tyle, co śnić jak o najwyższym obowiązku.”

Piłsudski wpisywał śmierć w swoją działalność nie tylko z powodów patriotycznych. Stan zniewolenia ranił go i obrażał jako człowieka. Przed akcją pod Bezdanami, z której mógł nie wrócić żywy, w liście do Feliksa Perla „lub tego, co będzie pisał mój nekrolog”, nie ma słowa o Polsce, o śmierci za ojczyznę. „Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi jako człowiekowi z godnością nieniewolniczą. Chcę zwyciężyć, a bez walki, i to walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką.”

Gdy wydawało się prawdopodobne, że w listopadzie 1914 r. armia austriacka wycofa się z zaboru rosyjskiego, Piłsudski, dowódca 1 pułku Legionów, nie chciał podzielić losu księcia Józefa i jego żołnierzy ginących na obcej ziemi. Część oddziału samowolnie poprowadził ryzykownym marszem do Krakowa, sądząc, że tamtejsza twierdza będzie się bronić. A jeśli nie, był gotów walczyć w górskich, zalesionych terenach Podhala, nawet do unicestwienia oddziału. Użył słowa „hekatomba”. Liczył, że będzie ona oddziaływała na przyszłe pokolenia, tak jak na niego legenda powstańców styczniowych.

1921: Panowie, ja was przepraszam

W listopadzie 1918 opromieniony legendą niemieckiego więźnia, i dowódcy I Brygady przeciwstawiającego się Austriakom, nie miał konkurentów do objęcia władzy w powstającym państwie polskim. Przypisuje mu się słowa, których nie wypowiedział, że jechał czerwonym tramwajem do przystanku niepodległość. Ale nie wysiadł wówczas z niego.

Pierwsze jego dekrety, Tymczasowego Naczelnika Państwa, pierwsze decyzje powołanego przez niego rządu Jędrzeja Moraczewskiego były „czerwone”, by zapobiec burzy ciągnącej od bolszewickiej Rosji. Ośmiogodzinny czas pracy, prawo do strajków, zakaz eksmisji bezrobotnych na bruk, inspekcja i pośrednictwo pracy, obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne, bezpłatne nauczanie w zakresie szkoły podstawowej, prawa wyborcze dla kobiet.

Jeśli wojna z bolszewicką Rosją zakończyła się szczęśliwie, to w dużej mierze dzięki niedawnym legionistom i peowiakom, którzy od pięciu lat wierzyli, w to, co mówił Piłsudski, że walczą o niepodległą Polskę. To przekonanie i swoje wojenne doświadczenie wnosili do młodej polskiej armii.

14 listopada 1920 r. przyjmując przed Zamkiem Królewskim w Warszawie, buławę marszałkowską, jako zwycięski Wódz Naczelny, wiedział, że jest wielkim przegranym. Ta wojna, jak każda, będąca przedłużeniem polityki, załamała jego plany federacyjne. Zorganizował wyprawę kijowską, by pomóc w stworzeniu za Zbruczem państwa ukraińskiego. Zabrakło czasu. Prawie natychmiastowa kontrofensywa Armii Czerwonej uniemożliwiła to.

Podpisując traktat ryski, Polska zwycięska, lecz wyczerpana wojną, porzuciła ukraińskiego sojusznika. Piłsudski mógł się tylko bezsilnie przyglądać z Warszawy, jak Polacy siedzieli przy stole rokowań w Rydze nie tylko naprzeciw delegacji bolszewickiej Rosji, ale i bolszewickiej Ukrainy. Powiedział więc do niedawnych sojuszników: „Ja was panowie przepraszam, ja was bardzo przepraszam”.

1926: Łajdactwo dobre, gdy własne

Ustępując ze stanowiska Naczelnika Państwa i witając w grudniu 1922 r. w Belwederze pierwszego prezydenta, Gabriela Narutowicza, oświadczył, że staje na baczność przed Polską, którą prezydent reprezentuje. Kilka dni później, Narutowicz już nie żył, zastrzelony w „Zachęcie”.

Ta śmierć była szokiem dla Piłsudskiego. Sam był celem kampanii nienawiści, oszczerczych napaści. Zarzucano mu, że podczas wojny porozumiewał się potajemnie z bolszewikami i ukradł rzekomo odnalezione polskie klejnoty koronacyjne. Znosił to, ale poprzedzone również nienawistnymi słowami zamordowanie prezydenta państwa, które istniało zaledwie od czterech lat, przebrało miarę.

Ta zbrodnia zmieniła go. Wcześniej nawoływał do kompromisu i zgody. „Kompromis jest ściśle związany z istotą demokratyzmu. Polega on bowiem na uznaniu, że nie tylko moja wola jednej strony, czy chęć jej jest uprawniona do przejawiania się w państwie, lecz że równe prawa ma wola i chęć innych.” I zauważał, że Polacy są, niestety,wrogami nieubłaganymi pomiędzy sobą.

Po zamachu na Narutowicza stał się wobec przeciwników politycznych twardy, bezwzględny, brutalny.

W 1926 roku, w majowe popołudnie, rozmawiał na moście Poniatowskiego z przyjacielem, Stanisławem Wojciechowskim, z którym przed laty składał i drukował „Robotnika”, teraz prezydentem Rzeczypospolitej. Nie porozumieli się. Piłsudski chciał demonstracją wiernych mu oddziałów wymusić dymisję rządu Witosa i głębsze zmiany w funkcjonowaniu państwa. Jednym z powodów jego decyzji było przekonanie, że „Każde łajdactwo było dobrym wtedy, gdy robił je człowiek partii własnej, złym tylko wtedy, gdy robił je członek partii przeciwnej.”

Demonstracja przerodziła się w walki na ulicach Warszawy. Dramatycznie przeżył rozlew krwi. Można wierzyć jego żonie, Aleksandrze Piłsudskiej, że w takim stanie, jak podczas dni majowych, widziała jeszcze tylko raz – niedługo przed śmiercią. Był bowiem silnym człowiekiem o bardzo wrażliwej psychice.

Gdy w 1930 r, drugi raz stanął na czele rządu, kazał aresztować liderów partii opozycyjnych. Był przekonany, że dążą do obalenia pomajowego systemu, by było tak jak było wcześniej. Na to się nie mógł zgodzić. Ta rozgrywka kosztowała go jednak ponownie bardzo dużo. Ustąpił ze stanowiska premiera i wyjechał na najdłuższe, trzymiesięczne, wakacje na Maderze.

1931: Za dziesięć lat Polski nie będzie

Po powrocie rzadko już pokazywał się publicznie, nie udzielał wywiadów, izolował się w swym gabinecie w Alejach Ujazdowskich. Nikt nie wezwany przez niego nie mógł liczyć, że z nim porozmawia.

Decydował o najważniejszych sprawach państwowych, ale przede wszystkim zajmował się wojskiem i polityką zagraniczną. Zdawał sobie bowiem sprawę, że niepodległa Polska jest nie do zniesienia przez Niemcy i Rosję. Wierzył, że dopóki żyje, potrafi odwrócić niebezpieczeństwo.

W 1931 r. w odruchu trawiącego go niepokoju, zwierzył się: „Jeśli Polacy nie wezmą się do roboty w obronie interesów kraju, a mnie zabraknie, to za dziesięć lat Polski nie będzie.” Nie łudził się, że deklaracja o niestosowaniu przemocy z Niemcami i pakt o nieagresji z sowiecką Rosją, przyniosą Polsce pokój na dłużej.

Kajetan Morawski, minister rządu obalonego w maju 1926 r. przez Józefa Piłsudskiego, pisał, że było on genialnym szlachcicem kresowym o intuicji męża stanu i temperamencie rewolucjonisty. „Swą osobą i legendą przesłonił i przytłoczył cały okres dziejów Polski i wdarł się do życia każdego z nas. Wszyscy, i co chcieli i co nie chcieli, bardziej niż sobą samym byliśmy jego współczesnymi.”

– Tomasz Stańczyk

reklama
reklama
Polecamy

Lalka

Warszawa - rok 1878. Z zagranicy wraca Stanisław Wokulski, właściciel sklepu galanteryjnego, mieszczącego się przy krakowskim przedmieściu. Przywozi spory majątek, którego dorobił się na dostawach woskowych. Postanawia rozbudować sklep i dostać się na salony arystokracji. Zakochuje się w Izabeli Łęckiej, wywodzącej się ze świetnej lecz bardzo zubożałej rodziny arystokratycznej. Panna Izabela jest klientką w jego sklepie, ale traktuje Wokulskiego jak osobę z gorszego świata. Za niestosowne zachowanie wobec panny Izabeli, Wokulski zwalnia ulubieńca pań - subiekta Marczewskiego.