Napoleon wciąż dzieli Europę
Polityka historyczna

Nie sądzę, by nasze pokolenie doczekało się wspólnej europejskiej narracji na tematy historyczne – mówi Robert Kostro, dyrektor Muzeum Historii Polski.

Czy możliwe jest wypracowanie wspólnego europejskiego podręcznika do historii?

To trudne pytanie. Podejmowano próby tworzenia dwustronnych podręczników, np. niemiecko-francuskich i polsko-niemieckich. Wydaje mi się jednak, że nie da się skonstruować euro-podręcznika, ponieważ każdy europejski kraj ma własną percepcję historii. Trudno byłoby zadowolić wszystkich czytelników.

Dlaczego?

Ze względu na filozofię postrzegania historii. Zdaniem francuskich historyków postęp polega na przejściu od tradycyjnej, chrześcijańskiej wspólnoty do oświeconego, zsekularyzowanego społeczeństwa. Ich zdaniem kluczową rolę w tym procesie odegrały Oświecenie oraz rewolucja francuska. Francuzi sądzą, że historia jest drogą emancypacji społecznej i nie widzą w niej miejsca dla chrześcijaństwa – chyba, że w roli negatywnego bohatera hamującego postęp. Natomiast Polacy kluczowe znaczenie przypisują kwestii niepodległości, a Kościół postrzegają jako forpocztę zachodniej cywilizacji oraz obrońcę fundamentalnych praw i wartości. Polscy historycy doceniają fakt, że duchowni wspierali naród w trudnych chwilach, –w okresie zaborów, II wojny światowej czy komunizmu. Warto przypomnieć postaci Jana Pawła II i kardynała Stefana Wyszyńskiego, skutecznie zwalczające komunizm.

Jaka postać historyczna najsilniej dzieli Europejczyków?

Chyba Napoleon Bonaparte. Francuzi i Polacy uważają go za pozytywnego bohatera, a Brytyjczycy, Hiszpanie i Rosjanie – za negatywnego. W pozostałych krajach Europy też cieszy się kiepską opinią. Wprawdzie odegrał istotną rolę w kształtowaniu się wielu nowoczesnych narodów, m.in. włoskiego, niemieckiego, ale straty ludzkie i materialne w wyniku jego kampanii były gigantyczne. Ważną, choć niespersonalizowaną linią podziału jest również stosunek do rewolucji francuskiej i do komunizmu. Porównywanie nazizmu i komunizmu, w naszej części Europy nie budzi kontrowersji, ale w Niemczech, a jeszcze bardziej we Francji jest niedopuszczalne.

Zdaniem wielu historyków Europejczycy nie spierają się o fakty, tylko o ich ocenę. Co różni polską percepcję historii od rosyjskiej czy niemieckiej?

Polacy i Rosjanie spierają się o to, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Wyjaśnię to na przykładzie wojny polsko-bolszewickiej. My uważamy, że zaczęła się ona w 1919 r. Rosjanie – że od wyprawy kijowskiej. Rosja uznała ją za akt agresji, a marszałka Józefa Piłsudskiego za negatywnego bohatera. Polacy i Rosjanie wzajemnie zarzucają sobie ciągoty imperialistyczne. Moskwa podkreśla znaczenie czynników kulturowych – alfabetu i religii – łączących ich z Ukraińcami oraz Białorusinami. My podkreślamy fakt, że Białorusini i Ukraińcy przez wieki żyli z Polakami w jednym państwie, którego siłą była wolność i tolerancja. Do tego dochodzi odmienna percepcja II wojny światowej. Rosjanie oddzielają rok 1939 od „wielkiej wojny ojczyźnianej”, toczonej w latach 1941 -45. Myślę, że w tym przypadku to do pewnego stopnia spór o fakty.

O jakie fakty toczy się ten spór?

Na przykład o Katyń. Poważniejsi rosyjscy historycy uznają, że doszło do sowieckiego mordu w Katyniu, ale w debacie publicznej występują komentatorzy przypisujący tę zbrodnię Niemcom. Ponadto niektórzy historycy rosyjscy uczestniczą w promowaniu pojęcia anty-Katynia, czyli rzekomego mordu na jeńcach sowieckich w 1920 r. Dodatkowo w Rosji nie historycy, lecz państwo ostatecznie rozstrzyga, jak powinna wyglądać oficjalna wersja historii. Dla porównania: w relacjach polsko-niemieckich nie ma takiego problemu, bo w Niemczech to historycy przedstawiają oficjalne ujęcie wydarzeń historycznych, oni, a nie politycy, są arbitrami dyskusji. W dyskusjach polsko-niemieckich nie ma ani sporów o fakty, ani o wartości. Obie strony postrzegają Hitlera, zbrodnie na Polakach i na Żydach w taki sam sposób, gdzie indziej rozkładamy jednak akcenty. Niemcy znacznie mocniej eksponują własne krzywdy, takie jak przesiedlenia po II wojnie światowej. Ale nie toczą z nami sporów o fakty.

Czy spór o historię może stanowić problem w stosunkach międzynarodowych?

Spór o historię za problem uważają Niemcy i Francja– m.in. dlatego, że ich zdaniem wojny niemiecko-francuskie były niszczące dla Europy. Dążą więc do rozwiązania go, m.in. za pomocą wspólnego, „kompromisowego” podręcznika do historii. Istnieją państwa takie jak Szwecja, które postrzegają odmienne percepcje tych samych faktów za europejskie bogactwo i nie widzą sensu w ujednolicaniu podręczników. Być może wynika to z luksusowej pozycji Szwecji, która od 200 lat nie zaznała wojny. W efekcie Szwedzi po prostu nie przywiązują wagi do historii. Na przeciwległym biegunie jest Izrael. Izrael uznaje historię za niezwykle ważną. Wizyta w Muzeum Yad Vashem jest żelaznym punktem w edukacji każdego Żyda. Historia stanowi element tożsamości państwa Izrael jak i Żydów, jako pewnej wspólnoty.

Ale i Izraelczycy mają tendencję do postrzegania swoich najnowszych dziejów jednostronnie. Przymknęli oczy na masakrę w 1982 roku w palestyńskich obozach Sabra i Szatila w zachodnim Bejrucie.

Nie ma narodu, który nie ma w historii trudnych kart. Oczywiście są państwa takie jak Niemcy, które mają szczególnie obciążoną hipotekę historyczną, ale wszystkie kraje świata mają na sumieniu cięższe bądź lżejsze grzechy. Np. Francja ma za sobą doświadczenie kolonializmu czy kolaboracji rządu Vichy. USA – niewolnictwa. Te grzechy są różnie rozliczane.

Czy można pogodzić odmienne wersje percepcji tych samych wydarzeń?

Oczywiście, można wiele uzgodnić, ale na końcu okaże się, że kompromisy są zawierane przez pominięcie bądź przekłamanie ważnych wydarzeń i doświadczeń. Takim przykładem jest niedawno otwarta wystawa Domu Historii Europejskich w Brukseli. Nie kwestionuję wartości dyskusji, ale nie sądzę, by nasze pokolenie doczekało się wspólnej europejskiej narracji na tematy historyczne. Pewnych doświadczeń historycznych: kolonializmu, komunizmu czy II wojny światowej nie da się opowiedzieć w ten sam sposób w Paryżu, Berlinie, Warszawie i Moskwie bez ich relatywizowania.

rozmawiała Małgorzata Borkowska

reklama
reklama